Pikuś, sznaucer miniaturka pani G. z Piastowa pod Warszawą, miał dobre życie. Niestety zakończył je w ostatnią środę. Właścicielka pieska stanęła przed nie lada dylematem. Jak w taki mróz pochować ulubieńca? W ogrodzie nie ma szans na wykopanie grobu, ziemia zamarznięta na kamień, zresztą, czy to w ogóle legalne?
Z pomocą emerytce przyszła jej sąsiadka, panie E. Znalazła w książce telefonicznej zakład pogrzebowy, który zgodził się skremować Pikusia. Niestety dostarczyć psa do zakładu trzeba było we własnym zakresie, a zakład miał siedzibę w centrum Warszawy.
Pani G. niewiele myśląc spakowała swojego ulubieńca do starej walizki i wyruszyła w drogę do zakładu. Skromna emerytura nie pozwoliła jej wezwać taksówki, dlatego też pozostały jej tylko środki komunikacji publicznej, a konkretnie autobus podmiejski oraz metro. Pierwsza część podróży minęła bez przygód, schody i to dosłowne, rozpoczęły się przy wyjściu z metra Ratusz.
Jednak schodek po schodku, pani G. wyciągała walizę z metra. Dlaczego nie wsiadła w windę? Już nie pamięta, była uszkodzona, czy po prostu o niej zapomniała. W każdym bądź razie z wdzięcznością przyjęła niespodziewaną pomoc. Młody człowiek zaoferował się, że pomoże wytargać walizkę pani G. Co też uczynił, jednak na szczycie schodów nabrał przyspieszenia i po prostu uciekł z walizką wypełnioną zdechłym
|
fot. photoxpress.com
|
Inne teksty dodane przez: [Rumcajs]
